Ośrodek Badań Sztuki Partycypacyjnej
i Dizajnu Partycypacyjnego

Klaudia Jarecka – Świeca o projekcie “Miejsce tworzenia jest tam, gdzie mieszkasz”

Nagranie: 15.05.2019

A.W.: Dlaczego zajmujesz się realizacją projektów partycypacyjnych? Co jest twoją motywacją?

K.J.Ś: Od 2012 r. jestem aktywnym społecznikiem…

A.W.: Ale jesteś malarką z wykształcenia, tak?

K.J.Ś: Tak, jestem malarką z wykształcenia, ale bardzo lubię działania interdyscyplinarne. Ważne są dla mnie działania performatywne, kontakt z drugim człowiekiem. Moim głównym założeniem jest widzenie u każdego twórczego potencjału. Dla mnie każde zdanie, opinia bądź jej brak u drugiego człowieka są jednakowo ważne. Nie chcę nikogo dyskryminować, pomijać. Te informacje kształtują moją wizję świata, jak on wygląda i jak go czuję. A oprócz tego myślę, że nie tylko moją.

A.W.: A jak definiujesz swoją rolę w tych działaniach?

K.J.Ś: Zawsze widziałam siebie trochę jako inspiratora. Widzę u nas, w Polsce, że często nie mamy wiary w siebie, w swoje możliwości, zazwyczaj jest to ograniczenie ze szkoły, z domu. Sama musiałam bardzo dużo doświadczyć zanim zaczęłam odważnie mówić, co lubię, co chcę, co mi się podoba, a co nie. Przeszłam sama długą drogę, więc chciałam to przyspieszyć, żeby ktoś szybciej zdobył wiedzę, może odkrył swój talent, zainteresowanie, i, co najważniejsze, żeby o swoich pomysłach mówił. Tak więc moją rolą była inspiracja innych żeby tworzyli, żeby wypowiadali się jasno czego chcą. Właśnie szczerość jest dla mnie niesamowicie ważną częścią. Myślę, że podejście z szacunkiem do drugiej osoby i jej opinii na dany temat działa bardzo otwierająco i daje nam – społecznikom ciekawe rozwiązania bądź uwidacznia potrzeby, które są niezbędne w procesie projektowym. Cieszę się, że właśnie ta odwaga nagle się pojawia i mieszkańcy zaczynają wierzyć w swoje pomysły i w siebie.

A.W.: W swoje uzdolnienia może?

K.J.Ś: Tak, W swoje uzdolnienia i możliwości. Przy działaniach partycypacyjnych tak jest, że zanim zaczniemy tworzyć realny obiekt musimy znaleźć wspólnie konkretną potrzebę,  którą chcemy spełnić dla siebie, dla innych. Działamy w przestrzeni publicznej dlatego na początku chodzimy po osiedlu i szukamy newralgicznego punktu czy zjawiska, które chcielibyśmy zmienić. Wspólnie z mieszkańcami badamy teren i to jest niesamowicie przyjemne, kiedy mieszkaniec, który na początku projektu jest bardzo oporny i mówi, że on nic nie chce zrobić, bo nie ma wiedzy, nie ma możliwości i nie ma czasu… Dużo jest oporu i  wymówek, a w dalszym etapie badań nagle zaczyna wchodzić w rolę eksperta : opowiada, szkicuje, tworzy makiety. Nagle proces zaczyna się niesamowicie rozwijać i urzeczywistniać. Bardzo podoba mi się ta rola inspiratora, który przekazuje dalej innym proces twórczy, kiedy już mają swoją odwagę. Widzę tę przemianę w mieszkańcach, jak z tego biernego siedzenia i czekania żeby inni decydowali za nich, nagle czują, że to oni mają sprawczość i wpływ na to co się dzieje na ich dzielnicy, na ich podwórku, w ich życiu.

A.W.: A kim są ludzie, z którymi współpracujesz?

K.J.Ś: Współpracuję z różnymi osobami, grupami, instytucjami. Nie ograniczam się. W przypadku projektów “Miejsce tworzenia jest tam, gdzie mieszkasz” najważniejszymi partnerami do współpracy byli mieszkańcy dzielnic rewitalizowanych. Ważne są dla mnie również projekty stałe – wyrabiające nawyk, które są stałym, systematycznym twórczym rytuałem. Przykładem są warsztaty interdyscyplinarne współtworzone z Fundacją Sprawni Inaczej. Organizujemy tam warsztaty, na których uczestnicy zajęć decydują, jakim tematem się zajmujemy. Co tydzień spotykamy się i pod koniec każdych zajęć robimy sobie podsumowanie, co się wydarzyło i czego sobie życzymy na następne spotkanie. Moja rola jest głównie techniczna. Zajmuję się przygotowaniem przestrzeni, niezbędnych materiałów, pełnych szacunku warunków do pracy. Wspieram każdy pomysł.

Współpracuję z osobami, grupami, instytucjami, które kierują się bliskimi mi wartościami. Ważnym wyznacznikiem każdej współpracy jest oczywiście obustronna chęć. Jestem otwarta na współpracę i realizowanie oraz współtworzenie różnych pomysłów, które głównie prowadzą do zwiększenia samodzielności w społeczeństwie.

A.W.: To opowiedz mi o tych dwóch projektach: „Zadomowienie” i „Zamenus”. Czy one są rozłączne, czy traktujesz je jako całość?

K.J.Ś: Ja je traktuję jako całość, chociaż są to dwie różne dzielnice. Chodzi o to, by mieszkańcy decydowali, co chcą na swojej dzielnicy, zaprojektowali to  i zrealizowali. Co prawda, część związana z papierami, z chodzeniem do urzędu i uzyskaniem zgód na postawienie obiektu jest już po mojej stronie. Ale jeśli chodzi o początkową, bardziej przyjemną, część projektu, badania, wymyślania i  tworzenia, to ja jestem prowodyrem (śmiech). Zaczynam głównie od pracy streetworkingowej i rozmów z mieszkańcami.

A.W.: A czy przygotowałaś jakiś scenariusz początkowy?

K.J.Ś: Nie. Zaczynam zawsze od badania dzielnicy. Czyli idę po dzielnicy…

A.W.: Sama?

K.J.Ś: Sama. Biorę notatnik i aparat, rozpoczynam badania i w trakcie rozmawiam z mieszkańcami. Zaczepiam różne osoby, pytam się między innymi jak tutaj jest, jak się czują na swojej dzielnicy, jak minął dzień. Różne rzeczy się pojawiają w międzyczasie. Każda z tych rzeczy, które zostały wypowiedziane, które się wydarzyły są dla mnie istotne. Po takim badaniu tworzę sobie mapę, sprawdzam też teren, czyja to jest własność, jaki potencjalny teren mamy do dyspozycji na dane działanie, bo to jest też przeważnie przygotowanie pod konkretny konkurs. Wiem, że jest zapotrzebowanie na stworzenie obiektów, które mają wzmocnić tożsamość mieszkańców z tym miejscem. Więc myślę o tych miejscach również w tym kontekście, uwzględniając jedynie tereny dostępne do realizacji.

A.W.: Te dwie dzielnice zostały wyznaczone w konkursie, tak?

K.J.Ś: Tak, ale też obie dzielnice są połączone ze mną. Na terenie Gdyni Chylonii jestem częstym streetworkerem. Już od 2012 roku cyklicznie działam również jako wolontariusz. W 2014 roku stworzyłam tu murale społeczne wspólnie z mieszkańcami. Jestem zaprzyjaźniona z Fundacją Zmian Społecznych Kreatywni, więc to jest taki mój drugi dom (śmiech). Ten teren dość dobrze znam, więc tam badanie nie było aż tak potrzebne. Bardziej niezbędne było na Witominie, gdzie wcześniej chodziłam do szkoły. Miałam długą przerwę od ostatniego czasu gdy tam byłam. Tu badanie było konieczne.

Na Witominie niesamowite dla mnie było to, że w trakcie badań i rozmów z mieszkańcami, spotykałam się często z takimi reakcjami: „ja tutaj tylko mieszkam”, „proszę mnie zostawić w spokoju”, „proszę nie zawracać mi głowy” – głównie uniki. Z większością nie mogłam nawiązać kontaktu. Jedynie z dziećmi i właścicielami sklepów. Dzieci chodziły ze mną, robiły ze mną te badania, wcielały się w przewodników, ale dorośli byli tacy właśnie bardzo unikający. To był mój trop, że oni „tylko tutaj mieszkają”…

Gdy chodziłam po tej dzielnicy, było bardzo dużo wypalonej trawy. Szłam po gminnym wypalonym, pustym terenie, w którym nic się nie dzieje. I właściwie nie ma przestrzeni żeby się spotkać. A jak jest jakaś ławka, to jest przejęta przez dorosłych, którzy piją. Dzieci też biegają, ale nie mają miejsca żeby tak osiąść trochę i pobyć razem. Pomyślałam, że przyda się miejsce, które trochę to co jest zadomowi. Miejsce, które sprawi, że jest ich. Tak powstało „zadomowienie”…

Gdy realizuję te projekty, nie wszystko sama robię. Angażuję specjalistów, twórców, psychologów, projektantów, artystów, streetworkerów, bo sama nie byłabym w stanie pracować na taką skalę. Nie posiadam też całej niezbędnej wiedzy. Cieszę się, że są osoby, które też chcą działać i partycypować. Na początku pracy na Witominie przygotowaliśmy wstępny projekt takiego domku. Wyobrażaliśmy sobie ramy domu, który w środku będzie do zaplanowania wspólnie z mieszkańcami. Zrobiliśmy parę opcji użytkowych żeby móc konsultować z mieszkańcami ich potrzeby, jakie funkcje obiekt powinien spełniać. Były to m.in. odpoczynek, praca, sport, zabawa, ogród, co by się tam działo. Ale im więcej działaliśmy w dzielnicy, prowadząc streetworking, robiąc kolejne badania wyrazistsze stawały się  kolejne problemy. Istotnym punktem było spotkanie z Radą Dzielnicy, która również rozjaśniła nam część istotnych trudności. Niestety, bardzo dużym problemem w dzielnicy jest picie alkoholu. Im więcej chodziliśmy, tym mocniej uświadamialiśmy sobie ten problem. Zauważyliśmy, że każde miejsce, gdzie można sobie przysiąść, było często zajęte przez tych panów, panie i czasami nawet młodzież. Więc trochę zmieniliśmy swój kierunek, rezygnując z tworzenia kolejnego możliwego siedziska. Najbardziej zaangażowaną grupą, która cały czas się rozrastała, były dzieci i młodzież. Oni byli obecni na wszystkich spacerach terenowych, na wszystkich warsztatach projektowych, które prowadziliśmy w ramach tego projektu i oni właśnie zaprojektowali swoje miejsce – rampę.

…Część warsztatowa na Witominie, była podzielona na cztery etapy. Pierwsza część była związana z narzędziami projektanta. Uczestnicy poznawali kompozycję, kontrasty, materiały, jak one działają w oparciu o różne przykłady ze świata. Wspólnie zrobiliśmy plansze żeby uczestnicy mogli doświadczyć, zobaczyć i poznawać ważne zagadnienia. Moja rola akurat w przypadku tych warsztatów była taka, że w czasie ich trwania byłam streetworkerem: chodziłam i zapraszałam mieszkańców do udziału,. Na Witominie są dość nieufni do współpracy. Budowanie relacji jest konieczne, aby mieszkańcy chcieli się zaangażować w projekt. Jestem bardzo dumna, bo na warsztatach było siedem osób, co jest dużym osiągnięciem.

A.W.: Tak, to dużo.

K.J.Ś: Głównie dzieci i młodzież. Dzięki nim powstała rampa. Chcieli docelowo skatepark, ale mieliśmy ograniczony budżet. Musieliśmy zaprojektować coś, co będzie silnym symbolem, a zmieści się w naszym budżecie. Powstała rampa, która dzisiaj o 18:00 będzie już osadzona w terenie. Dla mnie osobiście niesamowitym i przełomowym momentem było, kiedy stworzyliśmy prototyp pomysłu rampy w skali 1:1 i wyszliśmy na zewnątrz sprawdzić jej działanie.

A.W.: Z czego była wykonana?

K.J.Ś: Z kartonu. Ale w skali 1:1, duża, solidna. Stanęła przy tym siedzisku, gdzie siedzieli panowie pijący i nagle dzieci były w centrum, one były najważniejsze. Miały w końcu swoje miejsce i to było coś niesamowitego. Jestem bardzo dumna z tego momentu, kiedy zobaczyliśmy to na własne oczy, że poczuły, że mają sprawczość. Też, nie ukrywam, cieszy nas fakt, że rampa nie jest możliwa do przesiadywania (śmiech).

Ta rampa jest tworzona już od pół roku. Czekamy żeby ją zakotwiczyć na miejscu, ale, no właśnie, przez to, że są trudności komunikacyjne w samym mieście, w urzędzie, to tak długo trwa. Więc kolejną moją rolą jest to żeby utrzymywać ten entuzjazm u jej twórców… Tak naprawdę główną kartą przetargową na samym początku działań streetworingowych, w przekonywaniu żeby przyszli na warsztaty, było to, że to co wspólnie wypracujemy – zaprojektowana przez nich inicjatywa – za chwilę się pojawi. I właśnie ta chwila cały czas się wydłużała. Więc ja systematycznie przyjeżdżałam na podwórko, szukałam zaangażowanych w projekt mieszkańców, wieszałam z nimi plakaty, żeby jak największą grupę poinformować, że mamy przesunięcie w projekcie. Nie chciałam dopuścić do sytuacji, że ktoś nie jest poinformowany o tym. Naprawdę wyczekiwali tego momentu. Akurat dzisiaj zostanie rampa osadzona, a 31 maja chcę zrobić jej uroczyste otwarcie. Mamy na to przeznaczone fajne kolorowe pisaki do street artu, więc chcemy ją wspólnie pomalować i podpisać. Dzięki temu nabierze swojego charakteru. Mamy wielkie szczęście, że udało nam się to zrealizować ją za taki budżet, bo okazuje się, że jeśli chce się coś zamówić dla celów publicznych, to nagle ceny skaczą o 200 procent do góry. Całe szczęście znaleźliśmy wykonawcę, który to wszystko zrealizował zgodnie z niezbędnymi atestami, które obejmują obiekty sportowe. Dzisiaj ją odbiorę i będę się przygotowywać do uroczystego otwarcia.

Ważnym punktem tego projektu z rampą jest to, że pojawił się impuls, żeby napisać artykuł o tym, jak wygląda komunikacja pomiędzy Miastem, a taką młodą organizacją pozarządową. Jak dużo energii społecznicy muszą poświęcić, żeby utrzymać ten entuzjazm u mieszkańców. Mam już dużo osób chętnych, które chciałyby współtworzyć ten artykuł. Artykuł opowiadający o projekcie “Zadomowienia”, jak i  projekcie „Zamenusa” (projektu zrealizowanego w Gdyni Chylonii – przyp. A.W.). Rampa i dwa Zamenusy latają nad dzielnicami i nie mogą osiąść. Widzę to w żartobliwy sposób, ale czasami niestety jest to też stresująco-wypalające. To jest dla mnie historia, opowiadająca o tym, jak działa Miasto.

A.W.: A jak z dziennikarzami? Czy podejmowałaś w ogóle próby zainteresowania ich? Czy oni się tym interesują? Czy to jest w ogóle jakiś temat dla nich?

K.J.Ś: Przyznam, że już nie miałam energii na promowanie samej inicjatywy, czy nagłaśniania problemów, bo dla mnie najważniejsze jest to żeby mieć kontakt z mieszkańcami i znaleźć rozwiązania np. dla miejsca, dla ich inicjatywy, poinformować ich. Nie miałam czasu żeby dopiąć naszą stronę internetową, żeby opisać wszystkie projekty,  którymi się zajmujemy, bo brakuje mi na to  czasu. To jest taka rzecz, którą robię jeszcze poza moją pracą…

A.W.: To może opowiedz mi o projekcie „Zamenus”, który realizujesz w Gdyni Chylonii.

K.J.Ś: Tak, to jest w Gdyni Chylonii. Tam jest duży problem alkoholowy i wokół Chylonii krąży legenda, że jest groźna. Jak mówiłam, że tam pracuję, to słyszałam, że tam jest niebezpiecznie. Mój mąż bał się o mnie, że tam jeżdżę co tydzień: „Nie chodź tam, bo ci się stanie krzywda”. A ja tam spotykałam samych życzliwych ludzi i byłam zafascynowana tym miejscem, mieszkańcami, ich energią. A szczególnie Fundacją Zmian Społecznych Kreatywni. Ci ludzie są niesamowitą społecznością. Zgrana grupa sąsiadów, którzy się spotykają na piknikach, festynach, działają, prowadząc m.in. Centrum Aktywnego Mieszkańca, kawiarenkę i niepowtarzalny Ogród Społeczny. To jest niespotykana energia. W klubie  zawsze jest ciasto domowej roboty pani Ewy. Zawsze czuję się tu fantastycznie. Więc stwierdziłam, że trzeba tą Chylonię trochę odczarować, stworzyć wspólny symbol, który tę straszną legendę, krążącą wokół dzielnicy rozproszy i zmieni na coś pozytywnego. Pomyślałam, żeby stworzyć symbol, który nie będzie połączony z żadną ideologią. Symbol zwierzęcia wydał mi się ciekawy, uniwersalny i dający duże pole do działania. Poza tym zwierzęta działają terapeutycznie. Pytając mieszkańców o zdanie odnośnie symbolicznej rzeźby dla dzielnicy, spotkałam się z dużym entuzjazmem. Wspólnie z mieszkańcami stworzymy swoisty talizman. Może jeśli będą mieć trudny moment w życiu, przypomną sobie o swoim wspólnym tworzeniu i poradzą sobie z każdym napotkanym problemem. W ramach tego projektu, oprócz rzeźby wielkoskalowej, postanowiłam zrobić również breloki dla każdego, które zawsze mamy przy sobie. Wszystko się udało, zrealizowaliśmy rzeźbę Zamenusa, który przeszedł długą drogę zanim się pojawił w dzielnicy…

Rozpoczęliśmy od warsztatów rzeźbiarskich, na których każdy z mieszkańców mógł stworzyć swoje zwierzę mocy, które chciałby dla swojej dzielnicy. Po każdym warsztacie rzeźbiarskim każdy opowiedział o zwierzęciu, które wybrał i dlaczego akurat te.

A.W.: Jakimi materiałami posługiwaliście się?

K.J.Ś: Pracowaliśmy z różnymi materiałami, bo były przeróżne grupy wiekowe i chciałam, żeby uczestnicy mieli pozytywne doświadczenie i radość z tworzenia. Głównie była glina, plastelina, modelina, masa papierowa. Była też masa piaskowa, więc te rzeźby były bardzo ulotne. Ważne były również materiały do rysowania/malowania, wszystkie notatki i szkice były równie istotne. Celem warsztatów było nie tylko wymyślenie samej formy, ale także wartości, jaką ta forma wnosi dla dzielnicy. To, czego jest symbolem. Odwaga była często pojawiającą się wartością.

A.W.: Kto ją wyodrębnił jako cechę dominującą?

K.J.Ś: Ja jestem osobą porządkującą wszystkie stworzone dzieła, każdą z prac archiwizuję i na bazie zebranych prac tworzę bazę cech i motywów, które dominują. Akurat odwaga była bardzo ważna dla dzieci w szkole. W Chylonii jest Ogród Przyjaźni, w którym też prowadziłam warsztaty. Dzieci z podwórka mogły spontanicznie przyjść by stworzyć swoją rzeźbę. I tam też się pojawiła „odwaga”. Pojawiały się też oczywiście inne wartości. Bardzo mi się podobało hasło: „Wolny jak pegaz”, które silnie wybrzmiewało w trakcie trwania projektu. Wartości i haseł było wiele, m.in.: wolności, miłości, przyjaźni, „mam czas na wszystko”. „Zamenus” jest teraz wymalowany tymi wszystkimi obrazami/notatkami/szkicami stworzonymi przez mieszkańców. Drobne szkice zostały przełożone na rzeźbę Zamenusa, dokładnie przekalkowane.  Jest też „wzajemna pomoc”, jest „miłość zwycięża”, jest „nie zapomnij skąd twoje korzenie” i wiele, wiele innych. Żaden akcent nie został pominięty.

A.W.: W jakiej kolejności pracowaliście? Oni tworzyli formy, tak?

K.J.Ś: Faktycznie, nie powiedziałam jeszcze o tych warsztatach. Każdy mógł stworzyć swoją formę, można też było stworzyć ją wspólnie. Każda rzeźba miała swój indywidualny charakter. Na końcu każdy prezentował swoją formę i przechodziliśmy do głosowania. Każdy mógł oddać głos na jedną rzeźbę i te, które zebrały najwięcej głosów oraz te, które się najczęściej pojawiały, przeszły do dalszego etapu projektu. Kolejnym częścią było wyłonienie tego najważniejszego zwierzęcia. Stworzyłam plakaty wyborcze dla tych, które zyskały najwięcej głosów i zainteresowania. Trochę przypominały plakaty prezydenckie. Były to: „SamoDzielny Kot”, „Odpowiedzialny Pegaz”, „Cierpliwy Żółw”, „Wytrwała Lama” i „Pomysłowa Ryba”. Plakaty zwierząt wraz z ich wartościami, które reprezentują oraz które chcą wnieść na dzielnicę. Każdy mógł zagłosować. Tak wyglądało głosowanie (Klaudia pokazuje mi zdjęcia).

A.W.: Kto brał udział w głosowaniu?

K.J.Ś: Wszyscy byli równi. Każdy mógł zadecydować, które zwierzę by chciał.

A.W.: A warsztaty były tylko z dziećmi?

K.J.Ś: Ze wszystkimi. Byli dorośli i dzieci. Ale dzieci są często tymi najodważniejszymi, otwartymi twórcami. Od razu przechodzą do działania i nie mają oporów. Z dorosłymi zawsze trzeba przejść tę drogę od samego początku żeby się otworzyli… Nie są przyzwyczajeni…nie mają wiary w swoje możliwości. Choć, jak mówiłam, na Chylonii sprawa wygląda inaczej, było znacznie więcej starszych osób niż na Witominie. Są już oswojeni z tworzeniem, m.in. dzięki Fundacji Zmian Społecznych Kreatywni.  Tam mają cykliczne zajęcia ze sztuką, przyjeżdżają projektanci, działają z nimi, są oddolne inicjatywy obywatelskie. Tam dużo się dzieje.

Zdecydowanie wygrał pegaz. Tak naprawdę był nazwany pegazem, bo ze wszystkich rzeźb i szkiców wyszło, że to jest właśnie pegaz. Jednak przy głosowaniu okazało się, że to nie jest tylko pegaz, ale że to jest pegaz-jednorożec-koń. Często jak ktoś głosował to mówił/mówiła: „ja głosuję na konia”, „ja głosuję na jednorożca”, „ja głosuję na pegaza”. Musiałam to zespoić, bo żadna z tych postaci nie powinna umknąć. Wszystkie są istotne i mają znaczenie.

To była ta ważna część, że już jest wybrane zwierzę –  „pegaz-jednorożec-koń”, gdzie ta nazwa nie jest taka prosta żeby to wytłumaczyć od razu (śmiech). Teraz trzeba było zaprojektować rzeźbę, żeby pomyśleć, jaką ona ma mieć formę, jaką ma mieć funkcję… Na samym początku założyliśmy wspólnie z mieszkańcami, że chcieliby aby to była rzeźba funkcjonalna, żeby można było się przy niej spotkać, żeby można było na niej usiąść i przy niej pobyć. Więc prowadziliśmy też szereg warsztatów projektowych, gdzie tworzyliśmy projekty naszych „pegazów-jednorożców-koni”…

AW.: Jeśli dobrze rozumiem, to było już po głosowaniu, kiedy było wiadomo, że będzie „pegaz-jednorożec-koń”.

K.J.Ś: Tak, po wyłonieniu zwycięskiej postaci dla rzeźby przeprowadziliśmy warsztaty i konsultacje projektowe, gdzie skupiliśmy się na tych trzech elementach… Projektantka zaproponowała, że te trzy zwierzęta mają swoje atrybuty: kopyta konia, róg jednorożca i skrzydła pegaza, więc można je połączyć przy projektowaniu. Powstała seria ciekawych szkiców, które też są na naszej rzeźbie i oczywiście w fundacyjnym archiwum. Po warsztatach projektowych mieliśmy już bazę wiedzy, odnośnie potrzeb mieszkańców. Bazując na nie,j powstały projekty, które dopracowywaliśmy wspólnie z mieszkańcami.

Inną ważną częścią projektu była praca nad historią naszego „pegaza-jednorożca-konia”. Zaprosiliśmy do współpracy pasjonata Gdyni – pana Michała Miegonia, aby poprowadził warsztaty pisarskie z mieszkańcami. Okazało się, że teren dzielnicy Gdyni Chylonii był ważną kolebką dla koni. Tutaj żyły, pracowały i były niezwykle ważne dla miasta. Na terenie dzielnicy były m.in. kuźnie, stajnie, specjalne zejścia do wodopoju, a nawet cmentarz dla koni. Na warsztacie powstała legenda o koniu-pegazie, w której możemy poznać zarys historii.  Dla mnie niezwykłe jest to, że mieszkańcy wybrali jednak tak znaczące dla miasta zwierzę. Przekażę do artykułu historię stworzoną na warsztacie.

Wracając do części rzemieślniczej, to jak już wybraliśmy naszą formę, to ją wykonaliśmy…

AW.: Z czego?

K.J.Ś: Z włókna szklanego. Wcześniej planowaliśmy, że będzie z betonu, bo jak sprawdzaliśmy plany rewitalizacji, to dużo jest elementów z betonu, metalu, drewna. Chcieliśmy, żeby forma była spójna i  mocna, żeby można było sobie na niej usiąść, nawet na niej skakać, żeby można było się czuć zupełnie swobodnie. Po konsultacji wybranego projektu z rzeźbiarzem zdecydowaliśmy, że włókno szklane doskonale się sprawdzi.

(Oglądamy rysunki.)

AW.: Czy to jest ta skala, czy to jest mniejsze?

K.J.Ś: To jest ta skala.

AW.: Czy rzeźba już stoi?

K.J.Ś: Została zrealizowana. Stoi na razie w Ogrodzie Przyjaźni, ale w lipcu będzie już zakotwiczona w swoim docelowym miejscu, na ulicy Zamenhofa. I teraz właśnie, 24 maja, pojawi się kolejny „Zamenus”, bo chcielibyśmy, żeby nasza dzielnica była pełna tego symbolu, żeby wzmacniać symbol stworzony przez mieszkańców. Dlatego teraz robimy reaktywację i pojawi się drugi jeszcze niepomalowany. Chcemy zaprosić mieszkańców żeby wymyślili malunek dla drugiej odsłony rzeźby „Zamenusa”.

AW.: Ta druga rzeźba też jest wykonana z włókna szklanego?

K.J.Ś: Tak, też jest z włókna szklanego. 24 maja będzie dniem rozpoczęcia konkursu. Przygotowałam kolorowanki konkursowe, które ułatwią malowanie i zgłaszanie projektów. Dodatkowo zadbam o to, aby dostarczyć inspiracje, jak taka rzeźba może wyglądać. Będziemy pracować nad tym, żeby mieszkańcy wykazali się inicjatywą. To jest bardzo ważne – aby to mieszkaniec namalował, wymyślił. Ja jestem inicjatorem…

AW.: Mówiłaś, że współpracowałaś z ludźmi z różnych profesji, zatrudniałaś ich.

K.J.Ś: Tak.

AW.: …Dizajnerów i innych ekspertów, którzy będą przez jakiś czas z tymi grupami coś robili. Czy miałaś na to budżet?

K.J.Ś: Tak. Ja nie jestem w stanie sama poprowadzić dużego projektu. Lubię zespół, w którym każdy z nas jest odpowiedzialny za jakąś wybraną przez siebie część. Myślę, że to jest zdrowe i przyjemne. Widzę,  że mieszkańcy też to lubią, kiedy mają kontakt z różnymi pasjonatami.

AW.: Jak duży był ten zespół?

K.J.Ś: Przy obu projektach łącznie udało nam się zaangażować grupę blisko 800 mieszkańców. Nasz zespół w przypadku rampy wyniósł 11 osób (liczę tu również administrację projektu), w przypadku rzeźby 10 osób i oczywiście wielu wolontariuszy. Ważną częścią naszego zespołu jest Barbara Stelmachowska –  projektantka-streetworkerka.  Na Witominie każda z osób współtworzących projekt jest też streetworkerem. To było konieczne żeby oprócz prowadzenia warsztatów mieć wiedzę jak wygląda podwórko. Wszyscy szli w teren zanim zaczęli swoje działania. Każdy zrobił swoją analizę. Nasze wnioski z badań są niesamowicie ważne przy wspólnym procesie projektowym i współpracy z mieszkańcami.

Wracając do osób, które angażujemy w projekty. Niezwykle ważną osobą jest Aleksandra Mróz-Wykusz – prezeska Fundacji Zmian Społecznych Kreatywni, która jest dla mnie dużą inspiracją i mentorką. Ola jest niesamowitym animatorem, jeśli chodzi o pracę z mieszkańcami. Ma duże doświadczenie w pracy partycypacyjnej. Ola wspiera nas swoją wiedzą i działaniami przy każdym projekcie. Alicja Nowicz – animatorka, performerka, streetworkerka, artystka, projektantka – człowiek czarodziej, której entuzjazm i pasja nigdy się nie gaśnie! Alicja Nowicz i Tomasz Drzazgowski – psycholog środowiskowy – byli odpowiedzialni za spacer terenowo-badawczy, na którym mieszkańcy dokładnie zgłębiali przestrzeń dzielnicy, analizując jej budowę oraz emocje, jakie w nich wzbudzają. Niezbędne są takie badania przy działaniach partycypacyjnych. Z tego spaceru mamy dużo ważnej wiedzy.

To jest część zespołu, który został zatrudniony. Oprócz tego było jeszcze wiele osób, wolontariuszy i instytucji, które nam pomogły, tak jak Szkoła Podstawowa nr 35, która wsparła nas przy nagłośnieniu i promocji projektu,  Szkoła Prywatna przy ulicy Strażackiej, I Społeczna Szkoła Podstawowa w Gdyni im. Dzieci Zjednoczonej Europy. Tu mogliśmy przeprowadzić badania. Kolejnym bardzo ważnym miejscem była Świetlica Vitawa – najważniejsze dla nas miejsce, tam prowadziliśmy warsztaty. Jeszcze jest Miejski Klub Seniora “Witomino” – tam przeprowadziliśmy pierwsze wprowadzenie do projektu.  konsultacja projektu z Radą Dzielnicy – na samym początku  oraz Dzielnicowy Ośrodek Pomocy Społecznej. Jest wiele osób i instytucji z którymi współpracujemy. Dzięki współpracy widzę, że jesteśmy w stanie osiągnąć najwięcej.

AW.: A czy możesz mi przedstawić grupę, która pracowała przy „Zamenusie”?

K.J.Ś: Najważniejsza w tym projekcie jest Fundacja Zmian Społecznych Kreatywni i wszystkie osoby, które ją współtworzą. Centrum Aktywnego Mieszkańca – to jest główne centrum dzielnicy, gdzie prowadziliśmy część warsztatów i konsultacji. Aleksandra Mróz-Wykusz była obecna od samego początku pomysłu projektu symbolicznej rzeźby. Tutaj również zaangażowaliśmy Barbarę Stelmachowską – projektantkę, do przygotowania wspólnie z mieszkańcami projektu rzeźby w ramach działań streetworkingowych. Bardzo ważną decyzją był oczywiście też wybór wykonawcy rzeźby. Zdecydowaliśmy się na pracownię rzeźbiarza Pawła Wociala.

W tym projekcie był również streetworking. Ze względu na to, że „Kreatywni” mają stałą grupę swoich liderów, która jest silną społecznością, nie chcieliśmy, aby pomysł wypłynął tylko stamtąd. Dlatego też część warsztatów rzeźbiarskich, projektowych czy konsultacji organizowaliśmy na zewnątrz oraz w Szkole Podstawowej nr 10. W terenie rozstawialiśmy stół  tworząc otwartą pracownię projektową, w której każdy mógł przyjść i zaproponować swój pomysł. Było przewidziane 40 godzin pracy streetworkingowej. Zaangażowałam twórców, projektantów, animatorów znanych mi z wcześniejszych działań.  Zależało mi, aby były to osoby z wiedzą, pasją, odważne, żeby zachęciły mieszkańców do wypowiedzenia się i do tworzenia, do zaprezentowania swoich pomysłów. W części streetworkingowej zaangażowałam wiele osób. Ja też byłam obecna cały czas przy każdym etapie projektu.

AW.: Pracowaliście przy pracowniach na zewnątrz, to znaczy…

K.J.Ś: To znaczy stół, kartki i glina i oczywiście animator-artysta/projektant.

AW.: Ile odbyło się takich sesji ze stawianiem stołów?

K.J.Ś: Cztery.

AW.: Stół pojawiał się w jednym miejscu?

K.J.Ś: Nie, to były różne miejsca. Wybieraliśmy miejsca łączące i zapewniające frekwencję . Ważne były również spotkania w Ogrodzie Przyjaźni w czasie głosowania na wybrane postaci dla rzeźby lub konsultacje projektów. Ogród jest wspaniałym miejscem, przyciągającym bardzo dużo osób. Na Chylonii jest trochę inaczej niż na Witominie. Tu można z ulicy wejść od razu do Ogrodu czy do Centrum Sąsiedzkiego i to jest bardzo proste. Na Witominie jest trochę inaczej – świetlica jest z boku, zamknięta i zawsze jak chce się wejść, to trzeba dzwonić na domofon i odpowiedzieć na „głos”  z biura, żeby otworzyli. Nie było bezpośredniego wejścia. Widziałam, że to wymaga dodatkowego zadziałania, że należy pokazać mieszkańcom, gdzie mogą zadzwonić, Część dzieci znała to miejsce, ale te, które nie znały i miały obawy przed zadzwonieniem, zapraszałam, pokazywałam, gdzie jest dzwonek, jak się odezwie osoba z biura, co można powiedzieć i że można wejść, a później uczestniczyć w wielu ciekawych zajęciach.

AW.: Czy masz jakąś refleksję ogólną na temat tego projektu? Jeszcze go nie skończyłaś, ale długą drogę już przeszłaś… Na początku wspomniałaś o komunikacji z Urzędem Miejskim, że to jest pewnego rodzaju przeszkodą, tak?

K.J.Ś: Tak, jest to trudne, wypalające. Nawet jako urodzona optymistka widzę, że w pewnym momencie też tracę zapał…

AW.: Czy chodzi o biurokrację, którą musisz wykonać? Na czym polega ta trudność?

K.J.Ś: Tak, głównie chodzi o biurokrację, mnóstwo dokumentów, notatek służbowych, skanów i załączników. Przy „Zamenusie” przez cały rok nie udało się nam rzeźby zakotwiczyć w terenie, wciąż jest rzeźbą wędrującą, co nadaje jej kolejną niespodziewaną cechę. Niestety to, że musi być zakotwiczona w przestrzeni publicznej, to również wymóg konkursu i jest to niezbędny element, aby zrealizować swoje zadanie. Przez rok czasu byliśmy bardzo przejęci tym przesunięciem. Całe szczęście miejsce dla obiektu zostało wybrane i formalnie potwierdzone. W tym urzędzie jest ta trudność… Wchodząc do biura np. Wydziału Inwestycji i widząc, jak pani prowadząca biuro jest zasypana dokumentami, otoczona takim korytarzem z wież dokumentów – to jest horror…

Na samym końcu projektu chciałam wszystkim podziękować za pomoc, za wsparcie, za czas, za zaangażowanie, więc pojechałam też do Wydziału Inwestycji, wręczając ręcznie pomalowany dyplom zamenusowy… Było to dla mnie, dla pani niezwykle wzruszające. Wtedy  pomyślałam: „Dlatego żyję, dlatego musimy robić te rzeczy żeby zmniejszać takie koszmary, żeby je trochę rozpuścić. Chciałabym docelowo (bo też starałam się zostać radną), chciałabym to zmieniać, bo widzę, że to jest duży problem, że jest energia i chęć do działania,  ale, niestety, jest też dużo problemów w systemie, sprawiających, że nie ma płynnej współpracy, tylko trzeba się mierzyć z oporem i brakiem zaufania.

AW.: Czyli myślisz, że to sama struktura i ta machina ponoszą winę za te trudności? Nie ludzie, tylko struktura, w której tkwią?

K.J.Ś: Tak struktura ma duży wpływ, oczywiście ludzie tworzą tę strukturę i  tkwimy w tym  wszyscy. Tkwimy w braku zaufania. Przy rozliczaniu projektu ja też jestem zasypana dokumentami. Co prawda, ja nie mam wielkich, milionowych projektów, ale jest dużo faktur, umów, notatek i po takim maratonie dokumentowym jest się wyczerpanym totalnie. Po tym trzeba odpocząć zrobić sobie reset.

W tym momencie do Klaudii zadzwonił producent rampy, który właśnie przywiózł ją na miejsce. Pojechaliśmy więc na Witomino…

 

© 2020 Rhizome. All Rights Reserved.

Rhizome

Rhizome