Ośrodek Badań Sztuki Partycypacyjnej
i Dizajnu Partycypacyjnego

Krzysztof Żwirblis „Muzeum Społeczne”

Nagranie: 27.05.2019

Agnieszka Wołodźko: Dlaczego zajmujesz się sztuką partycypacyjną?

Krzysztof Żwirblis: Nie wiem, czy moje działania są tak do końca partycypacyjne. One, moim zdaniem, powinny być aktywne społecznie. Podczas pracy w Akademii Ruchu mieliśmy podwójne podejście. Z jednej strony były to spektakle i akcje typu „meteoryt”. Robimy i cześć, a czasami były to prace, w których trzeba było wejść w w głębszą relację z ludźmi, zaprosić ich do współdziałania. I one miały większy wpływ na to, co zacząłem robić sam. Pierwszą rzeczą zrobioną w opozycji do takiego działania spektakularnego była „Poezja w barze”, w 1978 r. w Oleśnicy. Przy jej realizacji poprosiłem o pomoc kilku kolegów z Teatru 8 Dnia i Akademii Ruchu. Znalazłem tam bar, gdzie królowała za ladą pani, która miała biały diadem i  nakrochmalony fartuszek. Była tam lada chłodnicza, w której, co doskonale pamiętam, stała mała miednica, wypełniona smażonymi kotletami mielonymi. W barze była wódka, piwo, oranżada, i te kotlety. I sami faceci, palili papierosy i pili, i pili. Pomyślałem, że jest niezwykłe napięcie pomiędzy tym, co my tu kombinujemy z pozapraszanymi z całego świata teatrami („Międzynarodowy Festiwal Teatru Otwartego”) i  rzeczywistością tego miejsca. Postanowiłem więc stworzyć sytuację, która nas połączy. Pomyślałem o wierszu Rafała Wojaczka „Ojczyzna”. Zadzwoniłem do domu, w którym mieszkałem, poprosiłem kolegę, żeby poszedł do mojego pokoju wziął z półki wybór poezji, znalazł ten wiersz a następnie go podyktował. Wiersz zapisaliśmy na papierze pakowym formatu plakatowego. Napisaliśmy i przylepiliśmy do ścian, bo pani była na tyle uprzejma, że nam pozwoliła.

A.W.: W tym barze?

Ż.: Tak, ona była zarządzającą i kiedy mówiła: „Ty nie”. To on już nie więcej nie dostawał nic do picia. I oni się wszyscy tam słuchali (śmiech).

A.W.: Szefowa, jednym słowem.

Ż.: Tak, tak. Przylepiliśmy ten wiersz do ściany, ale nie wyszliśmy, tylko zostaliśmy przy stole. I początkowo zaczęły się pewne napięcia:

– Jak to? „Matka dobra jak żywieckie piwo”?

– Ale czy żywieckie piwo jest złe?

–  No dobre.

I to był taki bardzo ciekawy wieczór, kiedy powodem do kontaktu stała się poezja. I nie muszę dodawać, że myśmy się dosyć różnili od klientów, ale stworzyła się tam  tymczasowa wspólnota…

No i takoż zmierzamy w stronę, jak to powiedziałaś, partycypacji. Stworzenia takiej struktury, było dla mnie bardzo ważne, po wielu latach, kiedy impet Akademii Ruchu zaczął słabnąć, a człowiek zaczął się orientować na własne rzeczy. Myślałem wtedy przez cały czas o strukturze, którą działaniem wypełniliby ludzie. I żeby wtedy dopiero można było mówić o dziele, działaniu artystycznym. Nie, że im się coś pokaże, zrobi. Tylko, że oni muszą wziąć w tym udział. De facto, była to taka próba formy otwartej, ale nie pomyślanej, jak u Hansena jako architektoniczne, rzeźbiarskie tło czy rama, ale dowolna struktura, którą trzeba by wypełnić działaniem. Dobrym przykładem była współpraca z „Festiwalem Sztuka Ulicy” (2001-3 r.) gdzie początkowo proponowałem działania typu rezydencyjnego, w których brało udział kilku artystów. One z zasady miały odbywać się w jednym miejscu i trwać cały dzień do wieczora, po to żeby nie było tej konieczności „zdążenia na spektakl”, bo tam zawsze coś się dzieje i coś jest. Następnym ważnym krokiem była akcja „Tania telewizja” (2005 r.), której elementem było tymczasowe studio zbudowane w podwórzu. Takie podwórze znalazłem, podczas wspomnianej rezydencji na Grochowie. Było tam kilka rodzajów domów: socrealistyczne od Grochowskiej, przedwojenne kamienice od Siennickiej. Był blok z lat osiemdziesiątych, o którym ktoś mi powiedział: „Panie, to budowali dla SB-eków, ale przyszła Solidarność, to już im nie mogli dać i mieszkają tu normalni ludzie”. Wśród tych był też różowy postmodernistyczny budyneczek. Między domami było podwórze z resztkami swojej świetności: uschłe drzewo owocowe, jedno jeszcze nie do końca martwe, kurz, rozjeżdżona trawa, bo parkowano tam samochody. Widziało się, że to podwórze nie łączy mieszkańców. Może jakieś małe urwipołcie się tam bawią, ale widać było, że to nie łączy ludzi z różnych typów zasiedleń. Zrobiłem tam akcję, podczas której przez kolejne dni wieczorem wyświetlałem newsy na jednej ze ścian postawionej na podwórku budy z płyt OSB. Projekcja była od wewnątrz, bo jedna ściana była w połowie z białej plastikowej folii. Wyświetlałem wiadomości z podwórka i okolic. Trwało to  pięć dni. Codziennie była projekcja razem z jakby kroniką kulturalną.

Na ścianie był napis: „Tania Telewizja codziennie po 21:00”. To było lato, lipiec. Kiedy ludzie zorientowali się, że jest to Dziennik z podwórka i okolicy dawali się namówić na wywiady. Jednego z nich np. udzielił lokalny krawiec, który eksponował w witrynie swojego zakładu oprawione ilustracje z żurnali z lat 50. Kiedy z kolei pokazałem rysunki młodzieży heavymetalowej, to potem przed blok wyszedł młody człowiek i stał z dużą, wielką teczką. Podszedłem i zapytałem, czy ma w tej teczce jakieś prace. Powiedział, że tak, bo chodzi do szkoły artystycznej. Spytałem, czy chciałby je pokazać w tej kulturalnej części naszego Dziennika. „Tak”. Zdążało to w stronę finału, podczas którego pokazaliśmy skrót projekcji ze wszystkich dni. Były też występy na żywo części uczestników: lokalnego rapera, grupy breakdance’owej i malowanie księgi praw, które rządzą dzielnicą.  Było to w 2005 roku i prowadziło do „Muzeum Społecznego”. Okazało się, że jest sporo ludzi, którzy jednak się przełamują, mówią do kamery, a nawet potrafią zaprosić do mieszkania, jak pan Minkowski, który nas zaprosił i pokazał rysunki mniej więcej ze swoich lat dwudziestych, następnie zagrał na skrzypcach. Pan Minkowski zagrał też w finale, choć trochę się krępował grać przed publicznością. Powiedział, że skrzypce wymagają ciągłego ćwiczenia ręki, a on teraz pracuje fizycznie i ma zbyt sztywne dłonie. Zaproponowałem mu żeby wystąpił jako cień. I grał jako cień. Siedział w środku naszego studio podświetlony reflektorem, zaś jego cień pojawił się na ekranie. Może to jest łapanie wszystkich srok za ogon, ale było poczucie, że to społecznie działało. I tylko było możliwe dzięki temu, że ludzie wzięli udział.

A.W.: A w przypadku „Muzeum Społecznego” kim są twoi uczestnicy? To są sąsiedzi, którzy tam na miejscu mieszkają?

Ż.: Tak, to są ludzie, do których docieram na różne sposoby. Nawet czasami posługując się jakimiś kontaktami uzyskanymi od spółdzielni mieszkaniowej. Roznoszę ulotki, kolportuję małe plakaty. Szukam ludzi, którzy chcieliby coś powiedzieć. Właściwie uczestnikiem „Muzeum” może być każdy. Każdy ma swoją historię, jakąś kreatywną pasję, pamiątki, własne archiwum czy rodzinne fotografie. I to wszystko może być obiektem. Wystawiłem zbiór fotografii, które wykonała jedna z uczestniczek „Muzeum Społecznego” na Ochocie, na wycieczce do Gruzji. Fotografie były początkowo kolorowe, robione na materiale ORWO, z którego kolory odeszły i została tylko magenta. I ta przypadkowa unifikacja wyglądała na celową. Zdjęcia były mniej czytelne, zmuszały do baczniejszej uwagi.

Szukam różnych obiektów, rzeczy, tajemnic, smaków. Jeśli mówimy o źródłach inspiracji to ważne było miejsce, które zobaczyłem podczas przygotowań do działań z młodymi poetami na ulicy Francuskiej w 2003 r., na Saskiej Kępie. Chodziłem po okolicy, robiłem research. Wszedłem do sklepiku z warzywami i owocami, który był takim małym muzeum. Przed świętami były tam lampki dookoła okna, tu był dyplom, tu jakaś pamiątka, jabłka poukładane w strużynach. Pomyślałem, że gdybym robił akcję polową dotyczącą tej okolicy, to na pewno poprosiłbym panią o pozwolenie na pokazanie jej sklepu uczestnikom. To było jedno z miejsc działających aurą czasu. Coś, co jest zakotwiczone w czasie odległym, wcześniejszym, ale działa jeszcze do tej pory. Ten obrazek mocno we mnie utkwił. Moje doświadczenia jako kuratora i praca z Pawłem Althamerem (połowa lat 90.) też mogły zadziałać na zasadzie osmozy, zwłaszcza jego zainteresowanie symboliką codziennych przedmiotów z bloku, w którym mieszkał.

Bardzo ważne było dla mnie, żeby ci ludzie, którzy wzięli udział w „Muzeum”, występowali w warunkach, które akceptują i żeby pokazać ich z dużą sympatią. Tak też szukałem uczestników, żeby stworzyć obraz miejsca, okolicy, która jest bogata kulturowo, gdzie rzeczywistość jest bardzo aktywna, wibrująca. Na przykład bardzo lubię robić akcje na blokowiskach. Obiegowo uważa się, że tam to już nic nie ma a życie jest gdzie indziej. Dla nie były to kapitalne miejsca i spotkania. I osiedle Wschód w Szydłowcu czy osiedle przy ulicy Skierniewickiej na Woli z lat siedemdziesiątych, czy Chomiczówka z „Taniej Telewizji” nr 2.

Celem tych akcji jest, po pierwsze, ośmielenie ludzi do skrócenia dystansu, do tego żeby prywatne treści mogły publicznie zaistnieć. Żeby szybciej się z sobą skomunikowali ale też mieli poczucie, że mieszkają w bardzo ciekawym, fascynującym miejscu, na które mogą jakoś wpływać. Bo jest też drugi krok. Zaczyna się od zrobienia wywiadu z panią Ulą na Skaryszewskiej (teraz już świętej pamięci), a potem panie z jej kamienicy proszą, żeby im pomóc z napisaniem pisma do dzielnicy. Bo widzą, że kogoś interesują sprawy, które są dla nich ważne.

A.W.: A czy ty docierasz do jakiś ludzi konkretnych, czy też każdy może się do ciebie zgłosić z danego sąsiedztwa?

Ż.: Raczej jest to „open call”, ale sam „open call” to za mało, dlatego, że tutaj trzeba wykazać pewną dozę wręcz determinacji, żeby ludzi nakłonić do udziału w czymś takim. Najczęściej to akceptują. Miałem chyba tylko jeden przypadek osoby obrażonej na mnie, jakbym coś jej odebrał. Trzeba być osobą, która ma pomysł, ideę i stara się zrealizować i nakłonić do udziału w tym.

A.W.: Robisz to sam czy masz jakiś asystentów?

Ż.: Tak, czasami mam asystentów. Najczęściej pracuję w dwie osoby: ja i operatorka albo operator. Dlatego, że więcej ludzi to często dla uczestnika jest już opresyjną sytuacją. Ale bardzo sobie cenię jednorazową współpracę Instytutem Kultury Polskiej, kiedy realizacja „Muzeum Społecznego” na Woli była rodzajem stażu dla studentek. Pamiętam ich spotkanie z poetą amatorem, świadkiem pogromu wielkanocnego w 1940 r. Pan był bardzo poruszony, że tyle młodych osób przyszło do niego. Miał swoją publiczność i pewnie dlatego lepiej ten materiał wyszedł.

A.W.: A jak jest z instytucjami, z którymi współpracujesz? Czy są one zaangażowane w produkcję projektu i jeśli tak, to na jakim etapie?

Ż.: Oczywiście są różne stopnie zaangażowania. Często instytucje, które się zgłaszały, chciały mieć w swoim dossier pracę z sąsiedztwem. Czasami są to festiwale sztuki, jak np. Open City w Lublinie czy Sztuki Kontekstualnej w Sokołowsku, gdzie akcja była jedną z wielu propozycji, co miało tę zaletę, że oglądała ją także festiwalowa publiczność. Ciekawym przykładem była współpraca z Kalmar Konstmuseum, gdzie kuratorem był Martin Schibli. Tak się udało, że po realizacji „Muzeum” chcieliśmy zrobić następny projekt zbliżony do „Taniej Telewizji”, ale niestety, na drugi projekt rada miasta nie przyznała wkładu własnego. Bardzo dobrze wspominam kompleksowe wsparcie ze strony Galerii BWA podczas realizacji w Zielonej Górze, gdzie udało się też wydać książkę na temat „Muzeum społecznego” a sama wystawa i projekcja były na Starym Rynku. Bez zaangażowania na wszystkich poziomach Galerii Arsenał w Białymstoku nie udałoby się zrealizować „Muzeum” na terenie osiedla Słoneczny Stok, gdzie w najbliższym sąsiedztwie miały miejsce na incydenty o charakterze  ksenofobicznym. Współpraca tych instytucji była też bardzo istotna dlatego, że w czasie akcji robiliśmy warsztaty plastyczne dla dzieci, po to by śmiało malowane prace kontrastowały na ekspozycji z ubogimi przedmiotami oraz by pokazać osoby i historie ważne dla najmłodszych uczestników.

Nie jest to tania akcja, ponieważ  potrzebny jest operator-montażysta, współpraca techniczna przy organizacji wystawy i projekcji w plenerze oraz osoby prowadzące, wspomagające warsztat plastyczny. Samo przygotowanie wstępne siatki kontaktów a następnie dni zdjęciowych też wymaga czasu i nakładu energii. To jest łatwiejsze w mniejszych miejscowościach, kiedy informacja rozchodzi się szybciej. Inaczej pracuje się na dużym osiedlu, na przykład na tzw. Paderewie czyli imienia Paderewskiego w Katowicach,  które jest wręcz odrębnym miastem. Tutaj trzeba włożyć więcej czasu i energii, żeby to się udało.

A.W.: Jak to wygląda? Ty docierasz do tych ludzi, prosisz ich o współpracę, tak?

Ż.: Tak.

A.W.: I co potem? Oni ci przynoszą obiekty?

Ż.: Najczęściej jest tak, że my się spotykamy, rozmawiamy. Czasami są to jakieś historie…

A.W.: Ten proces jest cały czas filmowany?

Ż.: Tak. Elementem procesu jest filmowanie. Czasami pewne rzeczy są wyciągane. „Ja naprawdę nic nie mam”. Ale jak „nic nie mam”, kiedy skateboardowiec ma jakieś rzeczy robione własnoręcznie ze zużytych desek, które są warstwowo klejone? Potem jest to obrabiane, szlifowane. To jest prawie jak drogocenne kamienie. Więc taki jeden obiekt wypożyczony ma jakąś wagę i związaną z nim historię czyichś pasji…

A.W.: Czyli najpierw rozmawiasz z ludźmi, potem dochodzicie do decyzji, co ma być pokazane.

Ż.: Nie, najczęściej ja ustalam z nimi wcześniej do czego ich zapraszam, co to będzie. Że jest to film w wywiadami i wystawa. „Słyszałem, że jest pan drużynowym. To może jest jakaś dokumentacja z pańskich działań z młodzieżą, czy coś podobnego?”. Jak są miejsca aktywne na takim osiedlu, to się pyta: „Czy można ten sklep zrobić? Tego pieska?”.

A.W.: Co to znaczy „zrobić”?

Ż.: Zrobić materiał filmowy. Przecież na wszystko musi być pozwolenie. No i żeby parę słów powiedzieć, jak to działa. Okazuje się, że sklepik na osiedlu Paderewskiego, z pamiątkami, kwiatami i materiałami biurowymi jest miejscem, do którego najbardziej tęsknią dzieci, które już wyjechały z rodzicami na Zachód i kiedy tutaj przyjeżdżają odwiedzić dziadków, to proszą żeby koniecznie tam pójść. Bo to jest miejsce, które najlepiej pamiętają, dla nich najbardziej zaczarowane na osiedlu. Na tym osiedlu spotykałem artystkę amatorkę, emerytowaną nauczycielkę, która przygotowywała druki bezdebitowe w czasach PRL-owskich… Aktywnymi uczestnikami są ci, którzy mają kreatywne pasje realizowane na różne sposoby np. modelarze z osiedlowego klubu. Bo np. dużo satysfakcji daje filmowanie pojedynku dwóch modeli. Okazało się, że naśladują kierowanymi modelami walki powietrzne w ten sposób, żeby obciąć śmigłem szarfę, którą ciągnie każdy samolot. Wtedy jest „zestrzelony”.

A.W.: A jak wygląda rezultat finalny?

Ż.: Przychodzą uczestnicy, ich znajomi i zaproszona publiczność…

A.W.: Na tym osiedlu?

Ż.: Tak, to jest pokazywane na tym osiedlu i obok jest wystawa, którą tłumaczy film, a wystawa tłumaczy film…

A.W.: Ale czasami pokazujesz ten projekt w muzeach, tak? Już post factum…

Ż.: Raczej nie. Największa i jedna z niewielu prezentacji tego projektu w instytucji sztuki miała miejsce w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta w 20102 r. (wystawa „Ziemie podwójnie odzyskane”).

A.W.: Czyli te realizacje mają miejsce tylko w terenie?

Ż.: W terenie albo w instytucji, która to zamówiła. Jak w Narodowym Instytucie Audiowizualnym na Służewie, wystawa była we wnętrzu, ale film był na dziedzińcu. I wtedy wystawa trwała dłużej. Zwykle to są wystawy jednego wieczoru – na środku osiedla, w czasem jak Białymstoku w amfiteatrzyku, albo w podwórzu, albo jak jest zimno strasznie to w pobliskim barze.

A.W.: Kiedy zrobiłeś pierwszą edycję?

Ż.: W 2010 roku na Mariensztacie. To było podróżujące muzeum, bo ekspozycje były w dwóch miejscach, a trzecie miejsce było już samo ekspozycją. Tam już nic nie trzeba było zmieniać, dodawać, bo był to sklep „Sowa”, który w zamyśle właściciela łączy kulturę Wschodu i Zachodu.

A.W.: Ile było edycji?

Ż.: 23.

A.W.: Zarówno w Polsce jak i zagranicą?

Ż.: Tak, zagranicą m. in. w Kalmarze, ale nie w centrum, tylko na osiedlu, o którym kurator mówił, że jest „problemowe”. To osiedle Begritkristallen, gdzie mieszkają ludzie niepełnosprawni, uzależnieni, imigranci z krajów muzułmańskich, artyści, ale też młoda pielęgniarka z kliniki weterynaryjnej, i Szwed adoptowany jako małe dziecko, który urodził się w Indonezji. Było to miejsce bogate społecznie, ale wymagające pewnej dyplomacji w poruszaniu się tam.

A.W.: Który to był rok?

Ż.: 2012. Zagranicą „Muzeum” było jeszcze w Drohobyczu podczas literackiego festiwalu im. Bruna Schulza. Fundacja Inna Przestrzeń eksplorująca bogactwo kulturowe ludów Kaukazu umożliwiła i wsparła realizację akcji w Wiedniu, na Kollonitz Platz, dosyć blisko działającego kościoła i centrum kulturalnego Ormian oraz w Tserakvi w Gruzji tam, gdzie się spotykają trzy granice: armeńska, gruzińska i azerbejdżańska.

A.W.: A czy „Muzeum” interesuje dziennikarzy?

Ż.: Nie za bardzo. Tam nie ma jakiegoś super niusa, a dla mnie ciekawym obiektem będzie zarówno sierp z „ojcowego gospodarstwa”, jak powiedział pan w sklepie warzywnym w Białymstoku jak i syfon, którego, nie wiedzieć czemu, uczestniczka organizowanej przez Centrum Nauki Kopernik realizacji na Powiślu nie mogła wyrzucić. Syfon na naboje z dwutlenkiem węgla, który był idealną oranżową kulą, węgierski, z lat siedemdziesiątych…

A.W.: A jak myślisz, będziesz jeszcze powtarzać „Muzeum”?

Ż.: Nie wiem. Ostatnie „Muzeum” było na festiwalu w Sokołowsku dwa lata temu. Mam różne wstępne propozycje ale nie wiem, jaki to przybierze kształt. Teraz robię trochę inne rzeczy. „Muzeum Społeczne” jest w pewnym sensie badaniem stanu istniejącego. Pokazuje ludzi z ich pasjami i małą historią. Natomiast mnie interesuje też drugi krok i to udało się go zrobić do tej pory dwa razy. W miejscu, w którym było „Muzeum Społeczne” zrobiłem później warsztaty, których efekty zostały pokazane w przestrzeni publicznej.

A.W.: W tej samej społeczności?

Ż.: Można tak powiedzieć. Ale tak naprawdę wielkim szczęściem jest, kiedy cztery czy pięć osób z tych, które się poznało chce dalej pracować. To nie jest standardowa działalność, tu trzeba podjąć pewne ryzyko. Próbuję przez cały czas znajdywać sytuacje mobilizujące, aktywizujące, które nie będą wymagały tak wielkiego zaangażowania jak warsztat performatywny, kiedy czwartego-piątego dnia pracy robimy pokaz w przestrzeni publicznej. A to jest zadanie, którego się teraz podjąłem i nie wiem jak mi się uda zgromadzić taką grupę, która będzie się w tym dobrze czuła. Bo im więcej osób, tym są one pewniejsze siebie. Zobaczymy. Na razie w tę stronę zdążam.

 

© 2020 Rhizome. All Rights Reserved.

Rhizome

Rhizome